Skocz do zawartości

Ralf

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    3 477
  • Rejestracja

  • Wygrane w rankingu

    2

Zawartość dodana przez Ralf

  1. Ralf

    W imię Ojca

    Z ciekawości - to jest kilku sezonowy holiday, czy kontynuacja jakiegoś prowadzonego już save'a (niekoniecznie relacjonowanego na forum)?
  2. Jeszcze w niedzielę miłą niespodziankę zrobił mi prezes, który również czytał prasę, i w mig otrzymałem propozycję nowego kontraktu. Wiedziałem, że fundusz płac jest znacznie przekroczony, ale obniżenie mi pensji o 30 euro nie odciążyłoby go ani trochę, tak więc pozwoliłem sobie na dyktowanie warunków w postaci zachowania płacy na takim samym poziomie, czyli 150 euro tygodniowo. Tak oto związałem się z Margate do 2010 roku, tym razem podpisując już kontrakt profesjonalny. Naszym pierwszym kwietniowym rywalem było ósme w tabeli Bishop's Stortford, które jesienią pokonaliśmy u siebie 2:0. O ile prezes Baslett zrobił mi dwa dni wcześniej świetny prezent za awans, o tyle we wtorek około godziny 23 miałem ochotę piłkarzy po prostu zamordować, i to w najboleśniejszy z możliwych sposobów, a mi samemu odechciało się piątej ligi i w ogóle tego klubu. Moje sieroty zagrały jak żelazny kandydat do spadku, jeszcze przed przerwą miałem wykorzystane już dwie zmiany, a przez kwadrans "odpoczynku" w szatni tak żyłowałem gardło, że później poprosiłem Hassana o załatwienie mi wizyty u laryngologa. Co prawda tuż po rozpoczęciu meczu, w szesnastej sekundzie objęliśmy prowadzenie za sprawą Frosta, ale zanim wszyscy zauważyli, że prowadzimy, już niecałe dwie minuty później Jones próbował wrzutki w nasze pole karne, Allman podbił piłkę, którą głową odegrał z powrotem w szesnastkę Mulvaney. Tam Essandoh strzelił jeszcze wprost w Browna, ale futbolówka spadła pod nogi Midsona, który wepchnął ją do pustej bramki. Jeśli ktokolwiek myślał, że to tylko wypadek przy pracy i w dalszej części meczu pokażemy swoją wyższość, w mig rzeczywistość potraktowała go z zaskoczenia ciosem w brzuch, dwoma sierpowymi, a leżącego na ziemi zaczęła tłuc kijem bejsbolowym. Po kwadransie gry w polu karnym debilnie faulował Richards, z jedenastu metrów uderzał Thanda, a że Brown nawet się nie ruszył na linii, gospodarze objęli prowadzenie. W tym momencie wiedziałem już, że nie zakończymy sezonu bez porażki, a Garry powędrował do szatni, usłyszawszy ode mnie, by od razu jechał do domu, bo jeśli zobaczę go w przerwie, nie ręczę za siebie. Dziesięć minut później nadzieję podtrzymał Yiga, wyrównując na 2:2. Lawrence był jednym z niewielu, którzy nie wiedzieli, że Bishop's ma to spotkanie wygrać, więc kolejne 600 sekund później Thompson grzecznie usunął się z drogi Essandohowi, który krzyknął do niego "thanks!" i samotnie w polu karnym przywrócił pewnym strzałem porządek. Brown nie potrafił zatrzymać absolutnie żadnego uderzenia w światło bramki, więc w tym momencie zastąpił go Searle, ale i on szybko musiał wyciągać piłkę z siatki, gdy tuż przed przerwą na wszelki wypadek drugi rzut karny podarował rywalom idiota Atkinson i było po meczu. Wiadomo, co działo się w szatni, a w drugiej połowie długo łudziłem się, że moje wyjątkowo wulgarne epitety i inne obelgi dały efekt. Stało się tak dlatego, że, o dziwo, mieliśmy optyczną przewagę, a w 64. minucie błąd popełnił daleko przed polem karnym bramkarz gospodarzy, któremu odskoczyła piłka, a do siatki odesłał ją Elliott Frost. Mieliśmy nieco ponad 25 minut na wyrównanie, ale oczywiście o niczym takim nie mogło być mowy. W jednej chwili chuj nagły strzelił cały sezon bez porażki, w szatni powiedziałem tylko: "Jeżeli dowiem się, że jednak sprzedaliście ten mecz, gorzko pożałujecie!" i poszedłem na pociąg. Nie miałem ochoty wracać z tymi szmaciarzami jednym autokarem.
  3. Pierwszego kwietnia rano, dzień po zapewnieniu awansu do Conference National, jak zawsze zjawiłem się w klubie, zajmując najpierw miejsce w swoim gabinecie, by uporządkować wszystko na dziś. Mimo że po świętowaniu nie czułem się najgorzej, a wręcz przeciwnie – całkiem nieźle, to jednak wolałem dmuchać na zimne i dzierżyłem w ręce butelkę wody mineralnej, pociągając raz po raz solidnego łyka z kojącymi bąbelkami. Wkrótce w moim gabinecie zjawił się asystent Raine. – Good morning, mister. Żyjemy po wczorajszym? – spytał. – Pewnie, że tak. Słowiański organizm wiele wytrzyma. – odparłem ze śmiechem. – Piłkarze dorwali się do tych wywiadów, co cię dziennikarze otoczyli. Niektórzy z nich nie byli zachwyceni, Molango zwłaszcza. – Jaja sobie robisz? – chwilę zadumałem i nagle mnie oświeciło. – Ah tak, przecież prima aprilis dzisiaj, zapomniałem. Ale wiesz co, mogłeś się bardziej postarać. – Mówię poważnie, mister. Brayley, Atkinson, Pulis i Richards gadają i zachowują się tak, jakbyśmy już teraz byli pewni powrotu do szóstej ligi za rok i nie mieli po co wychodzić na boisko w sierpniu. – jego mina ewidentnie mówiła, że to nie jest kiepściutki, primaaprilisowy żarcik. – Co za trzęsiportki... – położyłem dłoń na twarzy – Pewnie boją się też zejść do piwnicy po zmroku... Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. O ile Molango mogła usprawiedliwiać wciąż gojąca się poskładana noga i związana z tym frustracja, o tyle cała wymieniona przez Raine czwórka ściągnęła na siebie moje podejrzenia, czy czasem nie brakuje im jaj, by grać w moim zespole. Nie zamierzałem pochopnie wysnuwać wniosków, ale znaleźli się pod moją baczną obserwacją. Miłą odmianą był tutaj Michael Noakes, który przez całą niedzielę chodził i trenował z podniesioną głową. Reszta piłkarzy była w tak doskonałych nastrojach po meczu, że nawet nie zwracali uwagi na treści moich wypowiedzi w lokalnej prasie. --------------------------------- Marzec 2007 Bilans: 2-2-0. 6:4 Conference South: 1. [+22 pkt nad Canvey Island]; M, awans FA Cup: - FA Trophy: - Finanse: -6,40 tys. euro (+7,09 tys. euro) Gole: Maheta Molango (21) Asysty: Neil Wainwright (16) Ligi: Anglia: Liverpool [+6 pkt] Francja: PSG [+1 pkt] Hiszpania: FC Barcelona [+5 pkt] Niemcy: Bayern Monachium [+8 pkt] Polska: Wisła Kraków [+3 pkt] Rosja: Amkar Perm [+1 pkt] Szwajcaria: BSC Young Boys [+2 pkt] Włochy: AC Milan [+4 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - 24.03, el. ME 2008, piąta grupa, Grecja - Polska 1:1 Ranking FIFA: 1. Anglia [1112], 2. Szwecja [1076], 3. Hiszpania [1058], ..., 11. Polska [770]
  4. Ależ wyszło już bokiem, wyszło... Na przykład w niedawnym meczu z Cambridge City :|
  5. W czasie dwóch tygodni, które dzieliły nad do meczu 35. kolejki, postanowiłem nie organizować żadnego sparingu dla podtrzymania formy, by dać odpocząć piłkarzom po natłoku meczów. W międzyczasie mogli się spokojnie wykurować ci, którzy mieli drobne urazy, a ja sam zregenerowałem nadwyrężone gardło. Maidenhead pokonaliśmy jesienią na wyjeździe aż 5:0, ale mając na uwadze naszą ostatnią dyspozycję, spodziewałem się trudnej przeprawy. Był to najzwyklejszy ligowy średniak, więc długo się zastanawiałem, dlaczego goszczący obok mnie na ławce Hassan tak starannie przystrzygł wąsy i odstawił się jak stróż w Boże Ciało, na cały ubiór zakładając gustowny skórzany płaszcz. Koniec końców machnąłem na to ręką i posłałem piłkarzy do boju. Jadziem, panie Zielonka. Mecz nie był jakimś porywającym widowiskiem. Już w piątej minucie gola zdobył Frost, ale wszyscy ci, którzy mieli od tego momentu nadzieje na kolejne 5:0, srodze się rozczarowali. Na minuty przed końcem mój towarzysz wstał, odszedł parę kroków na bok i zaczął namiętne rozmawiać przez swoją komórkę. Gdy sędzia zakończył mecz, rozradowany Hassan podbiegł i złapał mnie za bary: – Miszter Ralf! Canvey Island przegrało swój mecz! Jesteśmy w piątej lidze!!! – wydarł mi się w twarz. Ławka rezerwowych wybuchła radością, a gdy z trzeszczącego głośnika wypłynął głos spikera informującego o naszym awansie, usłyszałem również okrzyki na boisku oraz wzmocnioną wrzawę blisko półtoratysięcznej widowni. Wymieniłem uściski z Raine, a gdy ten pospiesznie zaczął się cofać, spojrzałem na plac gry, ale było już za późno – armia moich piłkarzy pochwyciła mnie i zaczęła podrzucać do góry w rytm wiwatów. To był nasz dzień, a ja uznałem, że dobrze się stało, iż nie liczyłem punktów przed tą kolejką, ponieważ zaoszczędziło mi to sporo nerwów. Gdy jako jeden z ostatnich schodziłem z murawy, niespodziewanie otoczyło mnie kilku reporterów z lokalnej telewizji internetowej i prasy. Choć jednym okiem spoglądałem w kierunku szatni, z której dobiegał huk otwieranych szampanów, chętnie udzielałem odpowiedzi na pytania, chcąc pomalutku kreować się w mediach. – Mr. Ralf, obecny klub jest twoim debiutem w roli menedżera, a jako beniaminkowi przepowiadano wam raczej walkę o utrzymanie do samego końca, niż miejsce w górnej części tabeli. Tymczasem Margate zaskoczyło wszystkich, jeszcze w marcu zapewniając sobie mistrzostwo Conference South i bezpośredni awans do piątej ligi, do tego aż do tej pory, nie licząc pucharów, nie daliście się nikomu pokonać. Czy zostanie Mister w klubie? – dziennikarskim tonem w towarzystwie profesjonalnej kamerki pytał dziennikarz. – Co prawda klub nie zaproponował mi jeszcze nowej umowy, – zacząłem ostentacyjnie – ale jak najbardziej chciałbym dalej pracować z Margate. Awans jest naszym dużym sukcesem, a skoro w przyszłym sezonie czeka nas jeszcze trudniejsze zadanie w postaci zakotwiczenia w Conference National, chciałbym osobiście pomóc w realizacji tego celu, bo wierzę, że jesteśmy w stanie podołać temu wyzwaniu. Padło jeszcze kilka pytań o bardziej i mniej ważne sprawy, ale muszę przyznać, że dzięki temu czułem, że zaczynam być częścią futbolowego świata, nawet jeśli to tylko przełom piątej i szóstej ligi angielskiej. Wreszcie mogłem pójść wolno i dołączyłem do fetujących piłkarzy, sztabu szkoleniowego, Hassana i prezesa Basletta, który osobiście się u nas pojawił.
  6. Okazało się niestety, że bolące żebra, na które w pociągu narzekał Wainwright, następnego dnia uniemożliwiały mu trenowanie, tak więc nie mogłem z niego skorzystać w meczu z Lewes. Na domiar złego niedługo później sztangę na klatkę piersiową upuścił sobie przymierzany do wyjściowego składu Adolph Amoako i do pomocy Frostowi musiałem przydzielić jednego z bardzo nierówno grających napastników, którzy pozostawali przy doskonałym zdrowiu. Jednakże teraz to Elliott zawodził, przez całe pierwsze 45 minut i połowę drugich na dokładkę bezlitośnie obijając wątrobę i nerki bramkarza, który był już bliski błagania go, by się zlitował i zaczął strzelać przynajmniej obok bramki. Wystąpiliśmy w mocno przemeblowanym składzie, m.in. miejsce w bramce stracił niepewny ostatnimi czasy Searle, a także para środkowych pomocników, poza tym na środku obrony do pary z Richardsem wystąpił Thompson. Początkowo groźnie atakowaliśmy, Frost zdobył nawet gola, tyle, że z wątpliwego spalonego, ale tuż przed przerwą gospodarzom udało się zorganizować wypad w nasze pole karne, Brown zdołał obronić strzał Price'a, z tym, że nikt nie wpadł na pomysł, by zaopiekować się Ommoyimnim, który niepilnowany spokojnie dobił piłkę do pustej bramki. W szatni powiedziałem tylko zawodnikom, że bez trzech punktów mogą nie wracać i zdjąłem niemrawego McGowana, zastępując go Cochlinem. Szkoda tylko, że Paul niecały kwadrans przed końcem został przypadkowo uderzony w twarz łokciem i musiał opuścić boisko oraz przerwać na dwa tygodnie treningi. Moi podopieczni wzięli sobie moje słowa do serca i dwadzieścia minut po wznowieniu gry Gradley otrzymał podanie na 25. metrze, po czym huknął z lewej nogi, zaskakując nieprzygotowanego Duke'a. Byłem konsekwentny w swoich słowach i dalej nakazywałem ofensywną grę. Wreszcie w 81. minucie rajd lewym skrzydłem przypuścił Noakes, posłał miękką centrę na piąty metr, gdzie wyżej od Flynna wyskoczył harujący za trzech Hadland i ustalił wynik meczu. Do końca przeżywaliśmy ciężkie chwile, w doliczonym czasie nawet dwóch piłkarzy Lewes ruszyło na samego Browna, ale ich niezdecydowanie uratowało nam zwycięstwo. Mimo wyciągnięcia wyniku zdawałem sobie sprawę, że jeśli nasza gra nie ulegnie poprawie, na koniec sezonu z pewnością w rubryce porażek nie będzie widniało zero.
  7. Dzień przed wyjazdowym meczem z Eastbourne Borough jeden z najbardziej zagorzałych kibiców, spotkawszy mnie przypadkowo nieopodal stadionu, spytał o sprawy transferowe. W tym momencie przypomniało mi się o dopiętym jeszcze pod koniec lutego wstępnym kontrakcie z Lee Smithem (23 l., O/DBP P, N, Anglia), który w lipcu przejdzie do nas z Cirencester Town na prawie Bosmana, więc podzieliłem się z fanem klubu tą informacją. Z zespołem zaczynało się dziać coś niedobrego. Większość piłkarzy zapewne zrozumiała wszystko na opak i prasową frazę "pewne miejsce co najmniej w barażach" odebrali jako "zapewniony awans do piątej ligi". Efekt był oczywisty – totalne rozleniwienie na boisku, gra na pół gwizdka i postawa godna zespołu broniącego się przed spadkiem. Przez pojedynek z Eastbourne postarzałem się o dobre kilka lat, z mojej bujnej czupryny z pewnością ubyło wiele włosów, a reszta omal nie osiwiała. Gospodarze, ligowy średniak, rzucili się bowiem na nas, jak góral do spowiedzi, i co rusz szły na nas huraganowe ataki ze wszystkich stron. Co prawda w 31. minucie jeden z niewielu naszych ataków skończył się ładnym golem Frosta po dalekiej wrzutce Allmana, ale było to wrażenie złudne. Już dziesięć minut później rywale dalej grali swoje, McGrath zagrał płaskiego crossa w pole karne do Ramseya, który z dziecinną łatwością uciekł będącemu w alternatywnej rzeczywistości Bristow, po czym strzałem jak do pustej bramki pokonał Searle. Mało tego, niecały kwadrans po przerwie Allman faulował tuż przed polem karnym, a Anthony Storey ze stoickim spokojem po profesorsku posłał piłkę ponad murem, mieszcząc ją między słupkiem, a bramkarzem. Od razu zacząłem przeprowadzać zmiany, ale nic to nie dawało. Gdy już zaczynałem wybijać sobie z głowy wizję sezonu zakończonego bez porażki, w doliczonym czasie Wainwright posłał wrzutkę w akcie desperacji, a obrońcom urwał się i uratował nam punkt nie kto inny, jak Frost. Zakrawało to o cud, a po końcowym gwizdku poleciłem Neilowi i Elliottowi, by poczekali przed szatnią, po czym wszedłem do środka i zbluzgałem wszystkich, którzy tam przebywali. Następnie powiedziałem czekającym na mnie pod drzwiami, że do Margate wrócą ze mną pociągiem i z własnej kieszeni ufunduję im bilety, bo jako jedyni zasłużyli dziś na moją przychylność.
  8. Gdy czuć już było pierwsze marcowe pdomuchy wiosny, podejmowaliśmy u siebie piętnaste w tabeli Cambridge City, zatem warto było rozpocząć miesiąc z przytupem. Od pierwszej minuty wystąpił świetny przed tygodniem Wainwright, a na trybuny odesłałem kiepskiego z kolei Amoako, w jego miejsce wystawiając Spencera, a na ławce w roli rezerwowego snajpera usiadł Phil Walsh. Wyłączając porażki, nienawidzę takich meczów, jak ten. Mogłem spokojnie przymknąć oko na słabą grę w pierwszej połowie i dość znaczną przewagę gości, tym bardziej, że pod koniec pierwszej połowy dało się wyczuć jakieś przebłyski takiego Margate, do jakiego przyzwyczailiśmy kibiców w tym sezonie. W przerwie lekko opieprzyłem zespół, co zwykle dobrze się sprawdzało, i nie inaczej było tym razem. Druga odsłona to miażdżąca przewaga piłkarzy w granatowo-białych strojach, a Cambridge nie potrafiło w składny sposób wyprowadzić piłki spod własnego pola karnego, nie wspominając o połowie boiska. Oczywiście to byłoby zbyt proste, jeśli strzelalibyśmy bramki, tak więc gdyby przyznawano nagrodę za najbardziej niecelne strzały kolejki, bez wątpienia bylibyśmy w czołówce. Dopiero kwadrans przed końcem Elliott Frost zdołał dojść do dośrodkowania Wainwrighta i wreszcie trafił w bramkę, pokonując od razu Smitha. "Nareszcie!" – zagrzmiałem i wziąłem głęboki oddech ulgi. Wszystko wskazywało na to, że trzy punkty są nasze, gdy zegarze mijała już 90. minuta. Niestety, właśnie wtedy jeden z rywali posłał w akcie rozpaczy daleką piłkę na pałę, a w polu karnym McElroy zamiast wybić ją głową, jak ostatni debil potraktował futbolówkę prawym prostym. Rzut karny, do "wapna" podchodzi Bloomfield i już po chwili szaleje ze szczęścia, tonąc pod "kanapką", którą zgotowali mu równie radośni koledzy. W furii złapałem w ręce jakąś sklejkę koło ławki i tak długo rąbałem nią o beton, aż w dłoniach zostały mi same wióry. Nie obchodziło mnie to, że awans mieliśmy już prawie pewny – w meczach o stawkę zawsze oczekuję gry na sto procent. W szatni podszedłem więc do McElroya i powiedziałem mu sucho, że skoro on dosłownie lekką ręką jest w stanie ot tak pozbawić nas dwóch punktów, to ja równie dobrze jestem w stanie pozbawić go tygodniowego poboru, o czym w mig się przekona. Zmierzyłem też ostrzegawczo wzrokiem tych, którzy zmarnowali najwięcej świetnych okazji i poleciłem reszcie iść do domów.
  9. Luty 2007 Bilans: 4-1-1. 12:4 Conference South: 1. [+23 pkt nad Canvey Island]; Br FA Cup: - FA Trophy: 3R, 1:1 i 1:2 z Exeter Finanse: +5,51 tys. euro (+19,00 tys. euro) Gole: Maheta Molango (21) Asysty: Neil Wainwright (14) Ligi: Anglia: Liverpool [+7 pkt] Francja: AS Monaco [+3 pkt] Hiszpania: FC Barcelona [+4 pkt] Niemcy: Bayern Monachium [+7 pkt] Polska: Wisła Kraków [+5 pkt] Rosja: - Szwajcaria: BSC Young Boys [+1 pkt] Włochy: AC Milan [+8 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - 07.02, mecz towarzyski, Polska - Macedonia 2:0 Ranking FIFA: 1. Anglia [1123], 2. Szwecja [1076], 3. Hiszpania [1058], ..., 13. Polska [770]
  10. Luty minął błyskawicznie i zanim się obejrzałem, już graliśmy ostatni mecz tego miesiąca, za rywala mając walczące o życie Bognor Regis. Na trybunach zasiadł kuśtykający leniwie o kulach Maheta Molango i robiło mi się przykro, gdy w pierwszej połowie ten co chwilę z żalem spoglądał na górę gipsu otulającą jego kończynę i klął, że nie może wbiec na boisko i rozgonić towarzystwa. Przez 45 minut prezentowaliśmy bowiem taki festiwal nieskuteczności, że gdyby podłączyć ją pod distortion i porządne nagłośnienie, słynne Rock In Rio blednie w oczach. Już po 33 minutach musiałem zdjąć z boiska Hadlanda, który przechodził obok meczu i przez niego prawe skrzydło było zwichnięte, a w przerwie pod prysznic odesłałem irytującego Amoako, ponieważ uparł się żeby sprawdzić, czy bramkarz gości aby na pewno nie jest zrobiony z papieru. Szybko straciłem rachubę w liczeniu doskonałych sytuacji zmarnowanych przez Adolpha. Po przerwie na szczęście znalazł się człowiek, który odważnie wziął wszystko na siebie. Tym kimś był Anthony Pulis. To on w 53. minucie po rzucie rożnym dopadł do wybitej przed pole karne piłki i pięknym rogalem zmieścił ją wreszcie w bramce, pokazując kolegom i Amoako, że jednak można. To był kluczowy moment meczu i od tej pory byliśmy zupełnie inną drużyną. Kwadrans przed końcem nasz pomocnik oddał kolejny silny strzał z dystansu, udało mu się przestrzelić na wylot skupisko graczy w polu karnym, a wyłaniająca się nagle z gąszczu piłka zaskoczyła Maya. Mecz był wygrany, a w doliczonym czasie Frost doszedł do podania Cochlina ze skrzydła, zgubił obrońcę i pewnym strzałem dobił rywali. Dzięki temu zwycięstwu już w lutym zapewniliśmy sobie w najgorszym wypadku baraże o awans!
  11. Przed trudnym wyjazdowym spotkaniem z Carshalton doszedłem do porozumienia z zarekomendowanym przez scouta utalentowanym defensywnym pomocnikiem Leek Town – był nim Sam Hall (17 l., DP, Anglia), który dołączyć miał do nas w lipcu na prawie Bosmana, a już teraz zdaniem Kendalla prezentując się nie gorzej od naszych obecnych graczy. W składzie na mecz po raz kolejny musiałem pożonglować w ataku, bowiem Frost ewidentnie ma problemy z kondycją i regeneracją, a Yiga przez tydzień musiał odpocząć od piłki. Obawiałem się nieco tej potyczki, ponieważ Carshalton zażarcie walczyło o miejsce w strefie barażowej i liczył się dla rywali każdy punkt. Było to oczywiście widać na boisku, choć w pierwszych kilku minutach to my wiedliśmy prym, ale standardowo bramka była ciut za wąska dla moich asów. Później gospodarze przeszli do kontrofensywy i wiele razy byliśmy w opałach, ale tuż przed przerwą ich chytry plan pozbawienia nas zaszczytnego miana jedynej niepokonanej dotychczas drużyny ligi wziął w łeb. Udało nam się pograć trochę piłką, po chwili Noakes sprytnie uruchomił wychodzącego za obrońców Pulisa, a gdy ten wbiegł w szesnastkę i już składał się do strzału, nagle od tyłu podciął go Quinton, prezentując nam rzut karny, a swojej drużynie grę w osłabieniu. Do jedenastki podszedł Paul Cochlin, po czym... uderzył wprost w Embersona. Szczęśliwie dla jego jaj, dwie minuty później wywalczyliśmy rzut wolny na 25 metrze, a ten bezbłędnie wykonał Anthony Pulis i byliśmy do przodu. Po czerwonej kartce Carshalton się rozsypało i niespełna 10 minut po przerwie Allman świetnie przerzucił prawym skrzydłem do uciekającego Hadlanda, a ten dośrodkował piłkę na głowę Spencera, któremu nie pozostało nic innego, jak podwyższyć na 2:0. Gospodarze mieli już dosyć, i choć nie miałem nic przeciwko kolejnym trafieniom, nie znęcaliśmy się już nad nimi i wynik nie uległ zmianie. Z moich szybkich obliczeń wynikało, że już po następnej kolejce, w przypadku dobrego układu wyników, możemy zapewnić sobie co najmniej udział w barażach.
  12. Dobrze, że o tym napomknąłeś, bo zawodnicy przemyśleli sprawę i przyznali rację :> Bramek ostatnio miało, ale za to każdy może strzelić swoją, nawet bramkarz :> A słaba skuteczność to po części efekt absencji Molango, który jesienią był naszym głównym specem od czarnej roboty. ------------- Thurrock było drugim zespołem, z którym mieliśmy "na pieńku", natomiast pierwszym, który w tym sezonie w lidze zdołał urwać nam punkty i to w dodatku na naszym terenie. Do gry nadawali się już Frost i Yiga, zatem obaj wybiegli na boisko w podstawowej jedenastce. Przez ponad pół godziny gry nasz występ był kiepski. W dwunastej minucie nie potrafiliśmy wyjść z własnej połowy, więc Woolner zagrał na lewo do Smitha, który następnie podał krótko do Forbesa, a ten wykorzystał fakt, że sekundę wcześniej Richards po raz kolejny błysnął inteligencją wybiegając do przodu, i wszedł w powstałą lukę, co skończyło się golem na 0:1. Co gorsza, przez kolejne minuty bramkarz gospodarzy Crossley bronił nad wyraz szczęśliwie – odbijał absolutnie wszystko, co tylko leciało w światło bramki. Przez to coraz bardziej zanosiło się na sensacyjną porażkę z kandydatami do spadku, ale każdemu limit szczęścia musi się wyczerpać. W przypadku golkipera nastąpiło to w 35. minucie, kiedy po wybiciu piłki po rzucie rożnym Yiga posłał długie podanie do będącego na pograniczu spalonego Elliotta Frosta, który następnie przebiegł pół boiska i zdołał pokonać przeklętego Crossleya. Dziesięć minut później Noakes wykorzystał niezdecydowanie Janneya na lewym skrzydle i dośrodkował na piąty metr, a tam bramkarza ubiegł Yiga i w dość zuchwały sposób wpakował piłkę do siatki. Niestety po przerwie Lawrence doznał wstrząśnienia mózgu w starciu z rywalem i został odwieziony do szpitala. Nam znowu zaczęło brakować skuteczności, mnóstwo sytuacji marnował Frost, ale gdy kwadrans przed końcem Thurrock ochoczo przeszło na 4-2-4, to on zadał cios, który rozstrzygnął losy meczu. W 84. minucie piłka zatrzymała się na środku rozmiękłego od deszczu boiska, przejął ją Hadland, a skoro gospodarze nie interesowali się już obroną, wraz z napastnikami ruszył z kontratakiem, który zakończył się golem Elliotta. Teraz przemęczonego mogłem już zmienić, a sześć minut później Spencer ruszył na przebój między obrońców z kolejną kontrą, wbiegł w pole karne i mimo asysty dwóch defensorów pokazał gospodarzom, kto jest liderem Conference South, kończąc jednocześnie kanonadę. Kolejny skalp zemsty został zdjęty.
  13. Po dość długiej jak na Anglię przerwie powracaliśmy do rywalizacji w Conference South. Drużyna Welling już raz w tym sezonie zdołała nas zatrzymać, remisując u siebie 1:1, nic więc dziwnego, że tym razem byliśmy żądni krwi. W składzie zaszło kilka zmian, a przede wszystkim była to cała linia ataku i lewe skrzydło, gdyż Yiga, Amoako i Frost byli nadal wykończeni po 120 minutach batalii z Exeter, poza tym na prawą obronę wrócił po zawieszeniu Allman. Niemalże całe spotkanie to jeden wielki pokaz bezsilności, niecelności i braku zrozumienia na boisku. W efekcie szybko straciłem rachubę w liczeniu wszystkich przekleństw, które wraz z upływem czasu coraz silniej wydostawały się z gardła, rozdzierając je agresywnie, a przez cały mecz oddaliśmy zaledwie cztery strzały, z czego tylko jeden w światło bramki. Dowolny kibic spytany o to, co zapamiętał z pierwszej połowy, przewracał oczami, nie mając zielonego pojęcia, co powiedzieć. Nie pomógł nawet nieco mocniejszy niż zazwyczaj przy takiej grze ochrzan w szatni oraz czerwona kartka Adriana Clarke'a. Goście, spoglądając na zegar, cieszyli się wprost proporcjonalnie do wielkości wskazywanych przez niego liczb, a gdy z przodu pojawiła się cyfra 8, co oznaczało mniej niż dziesięć minut do końca, byli pewni, iż bez wysiłku będą mogli się pochwalić tym, że nie dali się w tym sezonie pokonać Margate. I to ich zgubiło. Trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu Rob Owen faulował przed polem karnym, dobrze wiedząc, że zagrożenia dla bramki i tak nie będzie. A skoro kilka minut wcześniej kazałem rzucić wszystko i ławą ruszać do ataków, nasz golkiper Searle ruszył na połowę gości, ku powszechnemu zdumieniu kibiców Pulis odstąpił mu futbolówkę, a Stuart po raz drugi w tym sezonie wstrząsnął regionalnym futbolowym światkiem i pięknym strzałem z rzutu wolnego zdobył zwycięskiego gola! Już następnego dnia na YouTube i dailymotion.com można było znaleźć mnóstwo filmików o tytułach "Goalkeeper Searle scored against Welling".
  14. Garry Richards wiele stracił w moich oczach po swoim ostatnim wybryku, więc bez wahania nie uwzględniłem go w składzie na wyjazd do Exeter. Oprócz tej zmiany, zawieszonego za żółte kartki Allmana zastąpił Edwards, a na prawym skrzydle od pierwszej minuty postawiłem na Wainwrighta. Niemniej jednak byłem przekonany, że to będzie nasz pożegnalny mecz w FA Trophy, bowiem piłka nożna to gra, która nienawidzi frajerów niszczących swoją wspólną ciężką pracę i prowadzi selekcję naturalną. Oczywiście trudno mówić, że takowymi byliśmy my – na Hartsdown Park zespół zrobił wszystko, by wygrać, a przekreślił to jeden człowiek i to on najbardziej zasłużył na to niechlubne miano. Sędzia ledwo zdążył wprawić w ruch powietrze wewnątrz gwizdka, a gospodarze już ławą rzucili się na naszą połowę, praktycznie budując na niej dom, a wreszcie stałą osadę. Nasze sporadyczne próby dwójkowych, z rzadsza trójkowych kontrataków wyglądały raczej jak szybki wypad do monopolowego i przymusowy powrót na swoje śmieci. Tak wyglądała praktycznie cała pierwsza połowa. Od początku drugiej dało się wyczuć w powietrzu dziwny zapach gola dla Exeter, a po kwadransie przerodził się on w odrażający, prowadzący w linii prostej do asfiksji smród. I tak w 62. minucie Whaley dośrodkował w nasze pole karne, tam Edwards dał się przepchnąć jak szmaciana lalka Moxey'owi, a ten jeden jedyny raz interwencją nie popisał się Searle, któremu piłka przetoczyła się po ramieniu i zatrzymała dopiero w bramce. Zwróciłem się do Raine i Hassana: "Mówiłem? A wy tylko, że jestem przewrażliwiony". Najgorsze było to, że nadal zdecydowaną przewagę miało Exter i dopiero moje stanowcze wrzaski i nakazanie przejścia w ustawienie 4-2-4 przyniosły skutek w postaci częstych wyjść w trójkę lub nawet czwórkę po długich podaniach za linię obrony. Stwarzaliśmy dzięki temu bardzo groźne sytuacje, ale byłem niemal pewien, że przeznaczeniu musi stać się zadość i gola nie strzelimy niezależnie od włożonych wysiłków. Gdy zastanawiałem się, co powiedzieć w szatni, a na zegarze dobiegała końca druga z trzech doliczonych minut, Pulis zagrał na środek do Spencera, ten od razu przedłużył głową do wychodzącego na wolne pole Amoako, a ten pięknym strzałem w okienko doprowadził do wyrównania! Dogrywka wyglądała niemal tak samo, jak blisko 75 minut podstawowego czasu gry. Zastanawiałem się nawet, czy nie spróbować szczęścia w ewentualnym konkursie rzutów karnych, ale raz jeszcze okazało się, że przed przeznaczeniem nie sposób uciec. Minutę przed końcem dogrywki nie potrafiliśmy wybić piłki po rzucie rożnym, wreszcie z jedenastu metrów strzelał Clay, lecz chybił, następnie piłka trafiła do będącego na minimalnym spalonym Watkinsa, który z zerowego kąta ośmieszył Searle i ch*j bombki strzelił. Tym razem na próżno kazałem wrócić do 4-2-4 i totalnej ofensywy. Porządek we wszechświecie został przywrócony.
  15. W otwierającym luty meczu przyszło się zmierzyć w trzeciej rundzie FA Trophy, a na Hartsdown Park zawitało piątoligowe Exeter. Już raz w pucharach wyeliminowaliśmy wyżej notowanego rywala, toteż nie widziałem powodów, dla których mielibyśmy nie mierzyć w to i teraz. Spotkanie zaczęło się od naszej obiecującej przewagi, a gości ratował niemal wyłącznie nasz brak celności – m.in już w drugiej minucie piłka po mocnej główce Yigi przeszła tuż nad poprzeczką. Exeter oczywiście po jakimś czasie zaczęło się odgryzać, ale rywale bynajmniej nie strzelali lepiej od moich podopiecznych. Nie było więc nic dziwnego w tym, że po pierwszych 45 minutach na tablicy widniało 0:0. Po przerwie kibice mieli już okazję zobaczyć falującą pod wpływem uderzenia piłki siatkę w bramce. Potrzeba było do tego prawie kwadransa, a wtedy wybitą w boisko futbolówkę zgarnął Allman, podholował prawym skrzydłem pod pole karne, po czym dośrodkował na piąty metr, gdzie Paul Cochlin delikatnym wolejem z podbicia dał nam prowadzenie. Wszystko wskazywało na to, że mecz zaczyna układać się pod nasze dyktando. Niestety, szczęście okazało się dziwką, a ja klientem bez portfela i już cztery minuty później na akt sabotażu zebrało się Richardsowi. Serią podań goście znaleźli się w naszej szesnastce, Woodards spróbował niemożliwego, czyli przedarcia się przez moich obrońców, a wtedy Garry, mimo że mógł czysto wybić mu piłkę, wolał bezceremonialnie powalić pomocnika rywali na murawę. Było to równoznaczne z podarowaniem im bramki wyrównującej, z czego z jedenastu metrów chętnie skorzystał Williams. Do końca meczu już głównie się broniliśmy i ostatecznie skończyło się na 1:1 oraz konieczności powtórki na terenie rywala, a to w myśl praw Murphy'ego zapewne będzie oznaczać pożegnanie z pucharem. W szatni przy reszcie drużyny nie zostawiłem suchej nitki na Richardsie, który w pojedynkę zmarnował wysiłek kolegów i dołożył im dodatkowy, niepotrzebny wysiłek – zupełnie tak, jakbyśmy przez cały sezon grali zbyt mało meczów...
  16. Jeszcze ostatniego dnia stycznia udało mi się doprowadzić do skutku kolejny majowy transfer, na mocy którego za 50% wartości kolejnej sprzedaży dołączy do nas prawy obrońca Ashley Edkins (20 l., O P, Anglia) z Boston Utd. Dobrą informacją był natomiast powrót do pełnej sprawności Bertiego Brayleya, ale szkopuł polegał na jego wyczerpaniu kondycyjnym, w związku z którym postanowiłem wysłać go na tygodniowy wypoczynek. ----------------------- Styczeń 2007 Bilans: 6-2-0. 14:3 Conference South: 1. [+18 pkt nad Canvey Island] FA Cup: - FA Trophy: 2R, 3:0 z Bideford Finanse: +5,04 tys. euro (+18,54 tys. euro) Gole: Maheta Molango (21) Asysty: Neil Wainwright (13) Ligi: Anglia: Liverpool [+8 pkt] Francja: AS Monaco [+5 pkt] Hiszpania: FC Barcelona [+3 pkt] Niemcy: Bayern Monachium [+6 pkt] Polska: Wisła Kraków [+5 pkt] Rosja: - Szwajcaria: BSC Young Boys [+1 pkt] Włochy: AC Milan [+7 pkt] Liga Mistrzów: - Puchar UEFA: - Reprezentacja Polski: - Ranking FIFA: 1. Anglia [1123], 2. Szwecja [1076], 3. Hiszpania [1058], ..., 15. Polska [751]
  17. Następnego dnia po meczu z Dorchester przyszedł do mnie nasz fizjoterapeuta i bynajmniej nie miał wesołej miny. – Cóż, Mr. Ralf... – zaczął Griffin, marszcząc przy tym delikatnie czoło. – Byliśmy z Hutchinsonem na badaniach i jest tak, jak myślałem. – Czyli co? Jednak poszła mu ta łydka? – spytałem poniekąd retorycznie. – Tak, całkowite zerwanie mięśnia. Mamy już umówioną operację zespolenia za kilka dni, naradziliśmy się z doktorem i wychodzi na to, że Ian w tym sezonie już nie zagra. Treningi wznowi może w maju, zobaczymy. – Jeszcze jedna taka sytuacja z czołowym graczem, a zacznę zatrudniać Hassana... Tak oto kończył się styczeń, a schyłek miesiąca oznaczał mecz z okupującym środek dolnej połowy tabeli Bath. Lewe skrzydło obsadziłem Elliottem Frostem, w ataku Amoako przydzieliłem Yigę i byliśmy gotowi. Nim spotkanie na dobre się rozkręciło, już ustawiliśmy je na swoją korzyść. W trzeciej minucie Routledge zgarnął wybitą przez Allmana piłkę, po czym miał w zamiarze odegrać ją przed pole karne do kolegi z linii obrony. Zrobił to jednak beznadziejnie i futbolówkę zgarnął Amoako, odgrywając do Yigi, który zdołał zmieścić ją między słupkami. Chwilę przed przerwą drugą bramkę w plecy zafundował swojej drużynie golkiper, faulując w polu karnym – Carson powinien się cieszyć, że skończyło się dla niego tylko żółtą kartką, a po chwili musiał wyciągać piłkę z siatki po wzorowej jedenastce Frosta. Goście tego wieczora zajmowali się praktycznie tylko kolekcjonowaniem żółtych kartoników – po godzinie gry mieli ich już sześć, a przy tym w ogóle nie uznawali za stosowne przemyślenia sprawy, by uniknąć czerwieni. W ten sposób niedługo później Routledge, który grał słabe spotkanie i między innymi miał na sumieniu pierwszą straconą bramkę, po raz kolejny bezmyślnie faulował i osłabił swój zespół. W tej sytuacji mogliśmy już jedynie zadać nokautujący cios, a to przyszło bardzo szybko. W pole karne gości wdarł się Amoako, przerzucaną przez niego piłkę wybili obrońcy, ale wygarnął ją Atkinson, który podał na szesnasty metr do Cochlina, a ten technicznym uderzeniem ponad obrońcami i interweniującym bramkarzem ustalił wynik meczu. Po ostatnim gwizdku sędziego radośnie poprzybijaliśmy sobie piątki przy ławce trenerskiej, ponieważ ta wygrana zapewniła nam już co najmniej 17. miejsce, a więc pewne utrzymanie. Ale oczywiście mierzyliśmy wyżej. Znacznie.
  18. Ralf

    That '70s Show!

    Jaka jest geneza otwarcia tego opka? Tak jak myślę – obiecująco zapowiadająca się kariera i decyzja, zanim będzie zbyt późno? Powodzenia, szerokości i równej murawy.
  19. Od zawsze mnie to nurtowało, ktoś kiedyś nawet zapytał, ale odpowiedź nie została udzielona. Mianowicie, skąd się wziął przydomek "Klub, Którego Nie Ma"? Wystarczy prosta odpowiedź, by moja zagadka menedżerska znalazła rozwiązanie :P Ten opek to czterej menedżerowie dodani w grze? Nie kojarzę, by była tu w ostatnim czasie podobna kariera
  20. Przed meczem z walczącym o udział w barażach Dorchester spotkała mnie miła niespodzianka w postaci powołania do reprezentacji Sierra Leone naszego pomocnika Johna Keistera. Tym samym po raz pierwszy mogłem powiedzieć, że mam w klubie reprezentanta, choć dla Johna będzie to jedynie miły akcent na zakończenie kariery. Na samo spotkanie nie przewidywałem żadnej rewolucji kadrowej, tak więc na murawę wybiegła najsilniejsza możliwa jedenastka, jaką w tej chwili dysponowałem. A Dorchester? Cóż, wyszli na to spotkanie z pomysłem na grę, który gdzieś już widziałem... Od samego początku gospodarzy bardziej interesowały nogi moich zawodników, aniżeli piłka, i już po niecałych dziesięciu minutach Hutchinson został brutalnie potraktowany przez Howesa, po czym Ian upadł na murawę wyjąc z bólu i trzymając się za łydkę, która po zdjęciu getra w zastraszającym tempie pokrywała się krwiakiem. Gdy sanitariusze znosili go z boiska, Griffin w przelocie powiedział mi, że wygląda to na zerwanie mięśnia, ale konkretniej będzie mógł powiedzieć po badaniach. Teraz z kolei zostałem bez nominalnego lewego skrzydłowego, toteż przesunąłem w tę strefę lewonożnego Frosta i wprowadziłem wracającego po kontuzji Walsha. Mając w pamięci mecz z Havant, nakazałem piłkarzom umówionym znakiem to, co wpajałem im na kilku ostatnich treningach – fight fire with fire, na ogień odpowiedz ogniem. Jak oni nas, to my ich, dlatego moi zawodnicy zaserwowali rywalom zastosowanie tej zasady w praktyce. I tak najpierw tuż przed przerwą z boiska musiał zejść Monks, później w 66. minucie w ślad za nim poszedł zdziwiony Byerley, natomiast kwadrans przed końcem Dorchester musiało kończyć mecz w dziesięciu, kiedy doigrał się Mekchiche, a gospodarze mieli już wykorzystany limit zmian. W ten sposób pokazaliśmy wszystkim ligowym rywalom, by przed meczem z nami zastanowili się sto razy, zanim też postanowią spróbować zagrać w kości, a nie w piłkę nożną. Oczywiście nie kazałem piłkarzom jedynie grać bezpardonowo – nadal mieliśmy przede wszystkim atakować i starać się strzelać bramki. To się udało w doliczonym czasie pierwszej połowy Amoako, który świetnym strzałem głową wykończył ładną wrzutkę Atkinsona z lewego skrzydła. Joe tą asystą odkupił swoje winy za podarowanie gospodarzom rzutu karnego w 22. minucie, na szczęście efektownie obronionego przez Searle.
  21. Bardzo ucieszył mnie powrót do pełni sprawności Joe Atkinsona, a że był on już gotowy do gry na pełnych obrotach, mogłem przesunąć na nominalną pozycję Iana Hutchinsona, który w ostatnim czasie z konieczności występował na lewej flance obrony. Szansę zrehabilitowania się u mnie piłkarze mieli w meczu 25. kolejki przeciw Sutton Utd, a więc drużynie, która doznała w sierpniu z naszych rąk kompromitującej porażki 0:6 na własnym stadionie. W ogóle goście w tym sezonie nie radzili sobie najlepiej, ciągle będąc zmuszonymi oglądać się za siebie. Tym razem z naszej strony nie było mowy o bezbarwnym 0:0. Już w piątej minucie piłkę przed polem karnym do rzutu wolnego ustawiał Hutchinson i po kilku sekundach cieszył się ze zdobytego gola, wkręciwszy piłkę obok spóźnionego z interwencją Harrisona. Ian niedługo później był bliski skopiowania tej zagrywki, ale tym razem golkiper pamiętał, że nie należy się zbytnio oddalać od prawego słupka swojej bramki. Od tej pory jednak znowu zaczął się koncert zespołu Nieskuteczność, który trwał aż do przerwy, a jego frontmanem był Adolph Amoako, który potrafił kopać piłkę tylko pod kątem prostym do linii końcowej, oczywiście bez znaczenia, w którym miejscu pola karnego się znajdował. Wobec tego kolejny powód do świętowania mieliśmy dopiero w ostatnich dwudziestu minutach gry, kiedy to Sutton popełniło stary grzech i przeszło na ustawienie 4-2-4. Najpierw po prostopadłym podaniu urywał się Yiga, będąc jednak złapanym na ofsajdzie, ale kilka minut później już sam wygarnął piłkę, ruszył wraz z Frostem w akcji dwa na dwa, po czym odegrał partnerowi, a Elliott z zimną krwią umieścił futbolówkę z siatce. Ten moment pogrzebał szanse gości na dobry wynik i byliśmy o kolejne trzy punkty bliżej awansu.
  22. Nasz scout Kendall spisywał się nieźle i udało mi się uzgodnić kolejne dwa transfery, z których jeden zostanie zrealizowany w lipcu, a drugi jeszcze w maju, po zakończeniu rozgrywek – drużynę wzmocnić mieli zawodnicy na lewą stronę boiska, Steve Ridley (23 l., O/DBP L, OP L, Anglia) na prawie Bosmana z Barrow oraz ambitny Tom Winters (21 l., OP L, Anglia) za 50% wartości kolejnego transferu z trzecioligowego Oxford. Istotnym newsem był dla mnie również wynik losowania trzeciej rundy FA Trophy, w którym zmierzymy się z grającym w Conference National zespołem Exeter. 17 stycznia oznaczał dla nas mecz na szczycie z Histon, które w tym sezonie już dwukrotnie (liga i puchar) rozjechaliśmy po 3:0, więc nie ukrywałem przed piłkarzami, że również i tym razem oczekuję trzech punktów. Niekoniecznie w postaci kolejnej trzybramkowej rozwałki, a po prostu zwycięstwa. Jednakże moi podopieczni mieli tego dnia zupełnie inną filozofię i zagrali słabiutko. Mimo naszej wyraźnej przewagi, raz po raz raczyłem wszystkich na ławce soczystymi epitetami, gdy pod polem karnym gospodarzy ciągle brakowało ostatniego podania, a czasem szybkiej decyzji. Wobec tego mecz jak najbardziej się odbył, natomiast przez miesiąc naciągnięte ścięgno pachwiny będzie leczył Noakes, a stłuczoną szczękę dwa tygodnie Wainwright. Rewelacja.
  23. W końcu przypomniał o sobie nasz gwiazdor Peter Trego, który przyszedł do mnie do gabinetu, jak pan i władca, z lekką przewagą tego drugiego, domagając się miejsca w pierwszym zespole, a jak nie spełnię jego żądania, to bez wahania odejdzie. Bramkarz już od dłuższego czasu sukcesywnie sobie grabił, więc moja odpowiedź mogła być tylko jedna: – Nie ma sprawy, Peter. Nikt nie będzie mi mówił, co mam robić, więc możesz się już rozglądać za nowym klubem. Od dziś oficjalnie znajdujesz się na liście transferowej. Powodzenia na nowej drodze życia. Żegnam. – powiedziałem stanowczo. -------- Nasze dobre wyniki zaczynały pomału zauważać inne kluby i 11 stycznia otrzymałem faks z zapytaniem o trzymiesięczne wypożyczenie Matta Martina od nieligowego Windsor & Eton. Uznałem, że dla szesnastolatka lepsze będzie nabywanie doświadczenia w regularnej grze, niż tylko suche trenowanie i okazyjny występ raz na przysłowiowy ruski rok. Matt nie widział żadnego problemu i tuż przed meczem drugiej rundy FA Trophy z Bideford na trzy miesiące wyjechał z Margate. W tym spotkaniu dałem szansę gry przez 90 minut dziadkowi Johnowi Keisterowi, który niedawno, wraz z fizjoterapeutą i zarazem swoim imiennikiem Griffinem, ogłosił zakończenie po sezonie kariery sportowej. Gospodarzom oporu i szczęścia starczyło tylko na dziesięć minut. Wtedy to Amoako, Noakes i Hutchinson wymienili kilka efektownych podań na lewym skrzydle, po czym ten ostatni wrzucił piłkę na piąty metr, bramkarz Lewis źle obliczył jej tor lotu i Lawrence'owi Yidze pozostało tylko wbić ją do pustej bramki. Po półgodzinie gry ponownie lewym skrzydłem urwał się Adolph, podał po ziemi w pole karne do Lawrence'a, który wyciągnął golkipera z bramki. Jego strzał został zablokowany, a niezdecydowanie obrońców wykorzystał Wainwright, umieszczając piłkę w siatce. W przerwie wprowadziłem na boisko nowicjusza Frosta, dziesięć minut później z kontratakiem ruszył Amoako, zagrał na szesnasty metr, a tam Elliott niczym stary wyjadacz oddał strzał po ziemi przy dalszym słupku, już w drugim występie zaliczając swoje pierwsze trafienie w barwach Margate. 3:0 całkowicie nam wystarczało i bez większych problemów zgarnęliśmy 7 000 euro, zapewniając sobie miejsce w następnej rundzie.
  24. Skoro atak mieliśmy już w prawdziwych strzępach – kontuzjowanych, w tym jeden ciężko, było 4 na 6 napastników –, należało szybko coś z tym zrobić, by nie doszło do sytuacji, w której musiałbym wystawiać z przodu pomocników. W tym celu starałem się wyciągnąć z rezerw Watford pewnego młodego i zdolnego napastnika, a niedługo później scout Kendall doniósł mi o jeszcze jednej ciekawej opcji, jaką był Jonny Dixon z Wycombe. W obu przypadkach, choć mogłem oferować kontrakt w myśl prawa Bosmana, złożyłem stosowne oferty, bo potrzebowałem graczy na już. Szybciej umowę zaakceptował 19-letni Elliott Frost (19 l., N, Anglia) ze wspomnianego Watford i to on jako pierwszy z tej dwójki miał zjawić się na Hartsdown Park. Wiadomość o zatwierdzeniu jego kontraktu wywołała euforię wśród kibiców, dla których młodzieniec z miejsca stał się ulubieńcem. Jako że Adolph Amoako nadal był zmęczony po ostatniej potyczce, Elliott zadebiutował w pierwszym zespole, zanim zdążył rozpakować walizkę po przybyciu. Z uwagi na to, że nawet nie miał okazji jeszcze wziąć udziału w treningu, mogłem uznać jego występ za obiecujący. Sam mecz był ciężką przeprawą. Zaczynałem podejrzewać, czy czasem nie zaczyna się u nas obniżka formy, bo nasz środek pola miał problemy z utrzymaniem się przy piłce, często na naszą bramkę sunęły groźne kontry, a do tego bardzo niepewnie grała obrona. Nie potrafiłem wyjaśnić, jakim cudem nie dostaliśmy do przerwy kilku bramek, mimo że z biegiem czasu można było dostrzec światełko w tunelu. Tak czy inaczej, po raz kolejny musiałem delikatnie opierdzielić drużynę w szatni. W drugiej odsłonie bardzo długo utrzymywała się sytuacja patowa, ataki obu stron kończyły się już w strefie środkowej boiska. Na rozstrzygnięcie trzeba było czekać do 70. minuty – wtedy to Noakes sprzed pola karnego rozciągnął grę na lewo do występującego w roli bocznego obrońcy Hutchinsona, który głęboko dośrodkował w pole karne. Tam wprowadzony niedawno Amoako ściągnął na siebie uwagę bramkarza, a że ten był bardzo niezdecydowany, wrzutka Iana przemieniła się w strzał i wpadła Moore'owi za kołnierz. Przez pozostałe dwadzieścia minut meczu do szewskiej pasji doprowadzał mnie Allman, który co rusz gubił na prawym skrzydle w swojej strenie Patricka Adę, doprowadzając do bardzo groźnych sytuacji, ale na szczęście dla jego uzębienia nie daliśmy sobie wydrzeć skromnego zwycięstwa.
  25. Dziękuję za uznanie, a to motywuje do dalszej gry, choć i tak zaczynam się solidnie wkręcać w prowadzoną karierę. Na chwilę obecną niesie obiecująco
×
×
  • Dodaj nową pozycję...